Choroba mojego synka.

Choroba kogoś bliskiego jest czymś strasznym a jeżeli dotyka  nasze dziecko, jest olbrzymim ciosem dla całej rodziny. Taki koszmar z którego trudno się obudzić i nawet jeżeli się skończy, pozostawia po sobie wielki lęk.

Myślałam, że na temat choroby mojego najmłodszego synka nie napiszę nigdy. 

Wspomnienia jednak wracają jak bumerang. Przy byle katarku, przy błahej biegunce, czy guzie na głowie. Gdy w telewizji pokazywane są reportaże o chorych dzieciach, w wiadomościach pokazują te maltretowane a w Afryce głodujące. Każdy powód, nawet ten nie związany z chorobą syna wznieca w pamięci wspomnienia, które parzą wywołując potworny ból niczym ogień.

Wczoraj wieczorem  pojawiła się wizja z przeszłości: chory, synek, szpital, lekarze…. Nie spałam całą noc, płakałam jak bóbr i co chwilę wstawałam do śpiącego synka, żeby na niego spojrzeć, żeby go  pogłaskać po główce.

Podzielę się z wami przeżyciami mojej rodziny. Może będzie to dla mnie swego rodzaju khatarzis, bo siedzi to we mnie jak zadra. Boli i kuje, wywołując lęk. Uprzedzam.  Nie jest to dla mnie łatwe: tonę we łzach i stercie papierowych chusteczek.

To był wspaniały weekend. Odwiedzaliśmy z dziećmi rodzinę i w ramach niespodzianki zafundowaliśmy im godzinkę w sali zabaw.

Na drugi dzień, czyli w poniedziałek z rana najmłodszy zaczął bardzo gorączkować. Jak nigdy położył się do łóżka, nic nie jadł. Cały czas mój biedaczek powtarzał, jak źle się czuje. Następnego dnia gorączka utrzymywała się a synek mówił coraz mniej . W środę udaliśmy się z nim do lekarza rodzinnego, który stwierdził, że to jakieś silne przeziębienie i przepisał mu antybiotyk. Synek nie podnosił się już nawet do picia, co prawda antybiotyk zbił gorączkę lecz mój malec nic już nie mówił.

Pojechaliśmy, więc do szpitala. Pierwsza diagnoza: cukrzyca. Morfologia nie wskazała jednak podwyższonego poziomu cukru. Zostaliśmy skierowani na oddział. Tam lekarz poinformował nas, że prawdopodobnie jest to zapalenie opon mózgowych lub mózgu i, że nie są w stanie pomóc małemu bo najzwyczajniej w świecie nie posiadają takich leków. Karetka odwiozła nas , więc do szpitala oddalonego o 30 km. Tam na oddziale zakaźnym, po wstępnym badaniu lekarz dyżurny  z 99, 9% pewnością oznajmił nam, że jest to zapalenie mózgu.

Zapalenie mózgu!

Wszystko wokół wirowało, a serce prawie stanęło. Nie potrafiłam wykrztusić z siebie żadnego najprostszego nawet słowa. Mąż patrzył się na mnie jakby czekał na to żebym, wyśmiała lekarza i powiedziała, że to jakiś kiepski żart. Łzy stumieniami lały się po policzkach. Lekarz powiedział, że to tylko wstępna diagnoza. Aby ją potwierdzić  musi zrobić wkłucie lędźwiowe, po wcześniejszym badaniu przez okulistę.

Matko jedyna! Wszystko brzmiało jak jakaś chińszczyzna. Nie rozumiałam co się dzieje. Co ja tam robię. Przecież mój synek jest zdrowy jak rydz, to jakaś pomyłka.

Zbadał go okulista, ciśnienie w oczach było w normie. Lekarz prowadzący zrobił wkłucie. Trzeba było czekać na wynik do rana. Jeżeli zapalenie mózgu jest bakteryjne- to marne jego szanse. Jeżeli wirusowe- jego szanse wzrastają.

Lekarz nie czekał na wynik i od razu zaczął podawać odpowiednie leki.

Z synem nie było kontaktu, nie płakał mimo potwornego bólu. Był nieprzytomny. W jego żyły pompowana była kroplówka za kroplówką. Dostałam materac i koc do spania, lecz sen nie przyszedł. Czuwałam przy synku a mój biedny misiaczek,  nie ruszył nawet swoim maleńkim paluszkiem.

Rano przyszedł lekarz.oznajmił, że zapalenie jest wirusowe. Wytłumaczył, na czym polega choroba, Lecz nie musiał, edukowałam się całą noc, czytając artykuły w internecie, dzwoniłam po znajomych lekarzach. Powiedział, że jakiekolwiek rokowania nie są możliwe. Nie wie jak będzie, trzeba się modlić i być dobrej myśli. Modliliśmy się, więc:  nasza bliska i dalsza rodzina, znajomi oraz znajomi znajomych.

Syn dostawał zastraszające ilości sterydów, puchł od nich w oczach. Pod narkozą miał zrobiony rezonans, który pokazał liczne ośrodki zapalne w mózgu. Lekarz nigdy nie dawał nadzei, każda rozmowa okupiona była nerwami i morzem łez. Z synkiem nie było kontaktu przez 3 tygodnie. Po tym czasie, zaczął otwierać oczy, czuć ból, jeść i pić. Mogliśmy go przytulić pocałować, zaczął okazywać zainteresowanie jakąś empatię. I znów rezonans pod narkozą. Ponieważ synek był już świadomy, bardzo źle to zniósł. Płakał i tulił się do mnie po wybudzeniu. Długo trwało zanim go uspokoiłam. Do szpitalnej sali przenieśliśmy połowę jego zabawek, pokazywaliśmy zdjęcia rodzeństwa, słuchał na skype bawiącego się brata z siostrą.

Postanowiliśmy zaryzykować i odwiedziła go ukochana siostrzyczka. To było to! Strzał w dziesiątkę , w jego serduszko. Uczucia do siostry otworzyły go. To było cudowne…  kiedy ją zobaczył, przytulił się do niej i zaczął się głośno śmiać. Chyba nigdy w życiu nie byłam szczęśliwsza. Jego reakcja, jego uśmiech jego cudowny radosny buziaczek dał na ogromną nadzieję. To był miód na nasze zbolałe serca.

Córka , kiedy wyszła od niego była bardzo smutna. Młody wyglądał inaczej( bardzo zmieniły go leki) nie chodził i nie mówił. Nie była świadoma, że jego choroba jest taka poważna. Po wizycie córki lawinowo zaczęło się poprawiać. Młody zaczął się uśmiechać, chodzić, bawić się. Aż w końcu udało mi się szantażem ( na czekoladkę) wydobyć z niego kilka cichutkich słów. Mówił tak jakby się bał, jakby niedowierzał, że może i jest w stanie. Jakby nie poznawał własnego głosu.

Po miesiącu wyszliśmy ze szpitala. Niestety synek nie mówił. Lekarze zapewniali nas, że to kwestia kilku miesięcy.

Przywieźliśmy młodego do domu. Wpadł w wir zabawy zaczął szaleć i rozrabiać z rodzeństwem . Mówił po 30 min od przyjazdu do domu.

Minęły 4 miesiące od choroby, cały czas jest pod kontrolą lekarzy i specjalistów. Ośrodki zapalne w mózgu maleją.

Synek jest wesołym i radosnym chłopcem. Od 1 września idzie do przedszkola.

Udało mu się wyjść z choroby, nie ma żadnych skutków ubocznych.

Jest rozgadanym, łobuzem którego kochamy nad życie. Nasz wielki skarb, skarb który mogliśmy stracić.

Cieszymy się każdą chwilą, każdym dniem. Po takich przejściach inaczej się patrzy na życie.

Miłość, wytrwałość oraz modlitwa pomogły nam wygrać z chorobą, przetrwać ten straszny czas