A ty matka sobie choruj!

Jakiś czas temu, kiedy byłam z chłopcami na zakupach, zemdlałam. Nie było to takie delikatne omdlenie. Runęłam niczym kłoda, obijając się przy tym okrutnie. Ocknęłam się a nad sobą miałam głowy potrząsających mym wątłym ciałkiem pań ekspedientek. Dobrze, że chłopcy siedzieli przed sklepowym telewizorem, pochłonięci jakąś bajką nie zauważyli mdlejącej matki. Szczęście w nieszczęściu też, że stało się to w sklepie, a nie np. na ulicy, aż boję się myśleć co mogłoby się stać z moimi łobuzami. Mój drugi raz i  kompletny zanik mocy skończył się wizytą w szpitalu, podaniem kroplówek i kilkugodzinną obserwacją . Od tamtego zdarzenia zaczęły się zawroty głowy i bardzo złe samopoczucie. Nie mam na nic sił, a do wszystkiego zbieram i zabieram się niczym ślimaczysko. Zaczęłam polegiwać i posypiać w ciągu dnia, co nie jest dla mnie normalne. Zawsze jak Struś Pędziwiatr na pełnych obrotach, pełna energii, którą mogłam obdarować chętnych biorców bez powera.

Poszłam, więc do lekarza a ten na dzień dobry wręczył mi plik skierowań do różniastych specjalistów. Powiedział, że jak dla niego to zmęczenie materiału, ale żeby być tego pewnym muszą mnie przebadać w szerz i wzdłuż. W pakieciku była morfologia, którą grzecznie wykonałam. Krew upuścili, zbadali i …. szału nie ma, ale w miarę ok- będę żyła.

Tak wypompowana z energii i skołowana zaczęłam swoją wędrówkę po specjalistach od wszystkiego i niczego.  Naturalnie trzeba zrobić terminy, trzeba się zarejestrować. Na pierwszy ogień neurolog i ekg. Ekg zrobiłam na miejscu i prawie, że z marszu. Wizyta u neurologa była po kilku dniach, więc nieźle. Neurolog stwierdził, że wszystko ok. i, że nie widzi przyczyn neurologicznych mojego omdlenia oraz zawrotów głowy. Bo w mojej łepetynie istny Meksyk, kręci mi się niemiłosiernie. Czuję się pijana bez picia, samolot to mało powiedziane, jakbym całą butlę wina wychłeptała.

Jeszcze jedynie okulista, laryngolog, endokrynolog i kardiolog.

Hola, hola matka! Nie bądź taką optymistką, bo terminy do dwóch pierwszych są na wrzesień. Lecz dzięki urokowi, czarowi i wdziękowi mojego małżonka termin do laryngologa dostałam za dni 3, a do okulisty idę w tym tygodniu. Po szeregu badań okazało się, że mam świetny słuch i niczym nietoperek wyłapuję najcichsze dźwięki- coś optymistycznego w tym całym zamieszaniu. Niestety prawy błędnik jest do kitu i trzeba go podleczyć. Mam więc wizytę na wrzesień, ale kontrolną. Z rejestracją do kardiologa tak łatwo już nie było, wszystkie atuty mojego męża dały w łeb, a i moje oczy Kota ze Shreka nie poskutkowały. Termin na ….uwaga!….Za dwa lata.

Z niedowierzaniem zapytałam : – kiedy?

Na co pani: – za dwa lata. Dobrze pani słyszała.

- Ale ja mam trójkę dzieci, którymi trzeba się opiekować, męża więcej nie ma niż jest z racji wykonywanego zawodu, a ja padam trupem po kątach. Muszę się zbadać żeby jakoś funkcjonować.

- Termin za 2 lata i nie ma odstępstw. Przecież ja pani dzieciaków nie podrzuciłam. Ma pani, to się pani teraz martwi.

-  na tym udział NFZ w moim leczeniu się skończył, o!

Teraz prywatnie do kardiologa i speca od tarczycy trzeba maszerować. Z tym, że wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Ba, nawet depczą po piętach i drobne na atrakcje dla smerfów by się przydały.

No cóż.  Kochani, żeby chorować trzeba mieć zdrowie.

Zdrówka, więc wam życzę.