Miłość dziecka nie zna granic

Dzieci otaczają nas od chwil kiedy sami nimi jesteśmy. W każdym wieku, w każdej dziedzinie życia ocieramy się o te małe szkraby.

Dziecko, taki niedojrzały okaz dojrzałego osobnika. Niemowlaki, szczeniaki lub kocięta, kilkulatki, nastolatki, nawet dorosłe draby są dziećmi, bo przecież to dzieci swoich rodziców.

Mam to szczęście, że jestem mamą 3 dzieci. Potrójnie cieszyłam się okresem ciąży. Czułam jak moje maleństwa rosły pod moim sercem, wzruszałam się na każdy ich ruch. Czułam jak się nadstawiały kiedy głaskałam brzuch. Czule śpiewałam aby ukołysać maleństwa do snu. Jaka była radość kiedy każde z moich pociech przychodziło na świat. Towarzyszyły temu łzy oraz niezmierzalne pokłady miłości i szczęścia. Wczesne macierzyństwo także było wspaniałym okresem,  specyficznym lecz cudownym. Taka mała, bezbronna i całkowicie uzależniona od rodziców  istotka jest powodem najcudowniejszych instynktów jakie w człowieku kiedykolwiek mogą się pojawić. Patrzy się na takie maleństwo i patrzy, nie mogąc najzwyczajniej w świecie się tym cudem nacieszyć. Dzieci są różne, różne charakterki i temperamenty mają, w różnoraki sposób okazują uczucia i potrzeby. Teraz kiedy jestem matką wiem co to tak naprawdę znaczy. Co to jest i z czym to się je. Niestety macierzyństwo to nie sam lukier, a może stety. Ponieważ nie jest łatwo doceniamy to, że jesteśmy rodzicami i całą rozpiętością naszych skrzydeł chronimy nasze pisklaki przed wszelkim złem. Wychowanie pociech a także budowanie cudownych , ciepłych i silnych więzi z nimi to wbrew pozorom ciężka praca.

Jestem początkującą mamą, przede mną bardzo długa droga, ponieważ moje dzieci są jeszcze małe. Zbieram, więc to ziarnko do ziarnka żeby nazbierała sie miarka, która w przyszłości przyniesie wspaniałe owoce. Pragnę żeby moje dzieciaki wyrosły na dobrych i mądrych ludzi, aby potrafili sobie radzić w życiu, żeby byli ambitni i konsekwentnie brnęli do obranego celu.

Bycie rodzicem to harówka, cały czas trzeba być czujnym i pilnować się na każdym kroku. Czasem świętuje się triumfy, zdarzają się jednak i porażki . Staram się nie popełniać błędów, lecz jestem człowiekiem i kiedy się takowy przytrafi najzwyczajniej w świecie pochylam głowę i przyznaję sie do porażki. Z głową na karku i sercem na dłoni naprawiam popełniony błąd. Nie jestem idealna, lecz kocham moje dzieci nad wszystko i wiem, że one także mnie kochają. Nie oczekuję od nich dowodów miłości, wystarczy mi, że się przytulają, śmieją, płaczą, skaczą, biegają, dają całusy, czasem doprowadzają do białej gorączki, że po prostu są.

Lubię obserwować rodziców zajmujących się swoimi pociechami. Bacznie przyglądam się tym z dużymi pokładami cierpliwości, tym którzy każdą chwilę spędzają z dzieckiem bardzo aktywnie i produktywnie, oddając mu się w 100%. Niestety czasem zdarzają się również  rodzice z tak zwanymi deficytami. Tacy nadopiekuńczy lub też ich zupełne  przeciwieństwo, bardzo srodzy i wymagający oraz ci nader pobłażliwi i ci którzy dzieciom nie poświęcają nawet odrobiny uwagi. Dzieci kochają nas ponad wszystko i mimo wszystko. Ich miłość jest  w nieskończoność piękna, nieskazitelna i bezpretensjonalna. To największy dar i skarb, to po prostu „ósmy cud świata”

Kilka dni temu , kiedy słoneczko pięknie świeciło, postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym robiąc spacero- zakupy. Pogoda była naprawdę cudowna: słoneczko świeciło, wiaterek powiewał- sama przyjemność. Przed nami szła mama z dwójką dzieci, z chłopcem oraz dziewczynką, na oko 6 i 8 lat. Trzymała ich za ręce, dzieci spokojnie do niej mówiły, a ona odburkiwała im zdawkowo: tak, nie lub nooo… Szarpała nimi, co chwilę pośpieszając. Mówiła, że idą jak łamagi i, że całe życie się za nich wstydzi.

Mój szkrab biegał i podskakiwał podśpiewując, w ogóle nie zwracał uwagi na prośby o spokojny marsz. Znerwicowana mateczność wzbogaciła się o kilka kolejnych siwych włosów. Młody do każdego przechodnia krzyczał: – dzień dobry! Wyciągał rączkę żeby się przywitać. No cóż. Cieszy się chłopak, piękny dzień mamy, więc i moja nerwica jakoś maleje kiedy widzę uśmiechniętą buziuchnę a do moich uszysk dociera radosny głos synka.

Wchodzimy do sklepu. Teraz synalek jest ubezwłasnowolniony, czyli uwięziony w wózku. Do łapki dostał drugie śniadanko, czyli przygotowaną wcześniej kanapeczkę. Wszystko aby mateczność w spokoju mogła zrobić sprawunki.

Dociera do mnie głos widzianej w drodze do sklepu matki: -czego chcesz głąbie? Nic ci nie kupię, daj mi spokój.

Widzę ich teraz en face. Twarz mamusi niczym z ciasta z ulepioną miną cierpiętnicy, złej na cały świat. Strach się bać! Bez kija nie podchodź. Cały czas trzyma dzieci za ręce, ciągnie je za sobą w alejki.

Kobieta, chodzi po sklepie szybkim krokiem i warczy to do jednego, to do drugiego dziecka: – nie ślimacz się!

Niczym pies bojowy, nastawiony na atak. Chyba tylko piany z pyska brakuje. Warczy i szczeka jakby nie potrafiła mówić w normalny sposób. Jej twarz jest jak z  kamienia a jej wyraz cały czas taki sam. Dziewczynka i chłopiec mięli tak smutne oczy, że jeszcze teraz je widzę.

Kobieta stanęła w kolejce do kasy.

Córka się jej pyta:- mamusiu czy mogę gumy?

- Oszalałaś, co ty sobie myślisz? Nie zasłużyłaś! Co ja się z wami mam? Same kłopoty. Jak wy się dziś w sklepie zachowywaliście?

W kolejce konsternacja, ludzie są zniesmaczeni zachowaniem mamusi.

Odzywa się kasjerka: – dlaczego jest Pani tak okrutna dla swoich dzieci?

Matka nie odezwała się, ale odezwała się córka  wprawiając wszystkich w osłupienie.

Dziewczynka, mocno przytuliła się do mamy.

Spojrzała na kasjerkę i powiedziała: – niech pani zostawi moją mamusię w spokoju. Ja ją bardzo kocham.