Sielsko i anielsko.

Miniony długi weekend spędziłam sielsko oraz anielsko.

Zrobiliśmy sobie wypad do Wrocławia, w drodze radio nam padło, po prostu kaput. Całą drogę  było śpiewanie – w repertuarze były ukochane przez dzieci kolędy oraz naturalnie jak przy każdej okazji, piosenki fasolek. Pialiśmy niczym kury na grzędach: każdy z osobna, chórem, na głosy- mówię wam przednia zabawa, z osobistym małżonkiem płakaliśmy ze śmiechu. Po licznych przerwach: na siku, na rozprostowanie kolan, czy masaż zdrętwiałych pośladków w końcu dojechaliśmy.

Główną intencją naszej podróży były odwiedziny u rodziny i zobaczenie miesięcznej kuzynki dzieciaków. Byli zachwyceni maleństwem, wszystko malutkie i te słodkie kwilenie…. Oczy mięli wielkie jak spodki i dzioby otwarte do samej podłogi. Mała Ania tj. kuzynka, cudny bobasek, który je, śpi, odbija i robi kupki rozkosznie przewracając przy tym swoimi czarnymi ślipkami. Starszy z synów asystował cioci przy każdej czynności związanej z maleństwem, delikatnie, głaszcząc i dając całusy. Natomiast młody 2 letni urwis, najchętniej z tej wielkiej miłości kuzynce urwałby nóżki i rączki, oczka też by wydłubał gdyby tylko nadarzyła sie taka okazja. Jak zwykle trzeba było uważać na naszych urwisów, zwiększając czujność na ich pląsy wokół maleństwa.

Ze starszym  odwiedziliśmy Humanitarium( 
http://www.humanitarium.pl/
) – naprawdę polecam Wrocławianom i wszystkim z okolic. Młody miał niesamowitą radochę, ponieważ była to, jak jej szumna nazwa wskazuje:    ” Play the Music” , wystawa poświęcona muzyce. Mojemu muzykalnemu śpiewakowi najbardziej podobało się wielkie pianino, na którym mógł zagrać melodię, skacząc po ogromnych klawiszach. Kiedy chwycił do ręki mikrofon nie mogło się obyć bez odśpiewania dla wszystkich odwiedzających wystawę ” Cichej nocy”. A kiedy w słuchawkach usłyszał Led Zeppelin „Whole Lotta Love” wiedziałam ,że to jest to, co tygryski lubią najbardziej i miło połechtało jego uszyska ;)

Było również spacerowo, w jednym z pobliskich parków szukaliśmy wiewiórek, które ponoć jedzą z dłoni.  Znaleźliśmy jedną, która siedziała na wielkim drzewie bardzo, ale to bardzo wysoko, a kiedy chłopcy wołali ochoczo: – choć mamy orzeszki! Ruda miała ich głęboko pod ogonem, wypinając na nich puszystą kitę .

Byliśmy również w pięknym Parku Klecińskim, na niedawno powstałym  placu zabaw.  Składał się on z dwóch części: dla małych szkrabów, oraz dla większych budrysów. Wszystko naturalnie bezpieczne, o zaokrąglonych kształtach( brak kantów), a ta estetyka! Wszystkie elementy z  litego drewna, zrobione z dużą dbałością o najmniejsze szczegóły. Sama miałam ochotę tam się pobawić 

Koniec sielskiej części, teraz z innej beczki: anielsko.

Weekend minął jak z bicza strzelił, spostrzegłam to, kiedy wracaliśmy już do domu, siedzieliśmy w aucie śpiewając nasze rodzinne przeboje. Chłopcy jak zawsze: raz się kochali, raz okładali, a ja zgodnie z moim noworocznym postanowieniem byłam spokojna niczym jogin. Po dłuższym czasie jazdy, kiedy jeden z bandy łysego ucinał drzemkę, a drugi miałczał niczym znudzony kocur, ciemno było i zmysły już troszkę przytępiały.

Po drugiej stronie jezdni mignął mi leżący na dachu, w rowie samochód.

Zaczęłam krzyczeć do męża: -stój, stój, zawracaj!

Mąż szybko zawrócił, podjechał pod dymiący samochód i oświetlił auto. Działaliśmy szybko i sprawnie niczym wykwalifikowana ekipa ratunkowa. Ja chwyciłam za telefon, mając pustkę i czarną dziurę w głowie, drżącymi rękoma starałam się zadzwonić na policję oraz pogotowie. Mąż podbiegł do auta, otworzył drzwi i wyciągnął przypiętych pasami pasażerów. W trakcie wykonywania tych czynności, mnóstwo dziwnych myśli przewijało się przez nasze głowy: Czy pasażerowie są cali? Czy żyją? Czy będzie trzeba udzielić pierwszej pomocy, a może będzie trzeba reanimować? 

Była to kobieta z dwójką dzieci: córką ok. 12 lat i 3 letnim synkiem. Cała trójka była w ciężkim szoku, bardzo przestraszona. Chłopiec drżał niczym osika. Mąż zatrzymał jadące samochody, tak żeby dzieci mogły spokojnie usiąść w ciepłym aucie. Kiedy już wszyscy byli bezpieczni, cali i czekali na przybycie policji ruszyliśmy do domu.

Kobieta chciała wyprzedzić sarnę, która wtargnęła na jezdnię. Niestety wpadła w poślizg, dachowała i wylądowała w rowie. Szczęście w nieszczęściu, że na kilku siniakach się skończyło.

Z głowami pełnymi wrażeń, rozemocjonowani jeszcze przed snem dyskutowaliśmy na temat tego zdarzenia.

Jak to jest, że to my przejeżdżaliśmy obok tego samochodu w chwilę po wypadku, że to mój bohaterski osobisty małżonek wyciągnął tych ludzi z samochodu, że to ja ich zauważyłam?

Wszystko jest gdzieś zapisane, każdy ma swojego anioła.

Ponoć  ;)